Monday, May 29, 2006
12 Godzin w New Fane
Maciej, Abby & ja dotarlismy do New Fane niezawodnym Subaru okolo 6:45 rano. Abby miala zrobic pare kolek i wrocic do Milwaukee, a Chudy, razem z Dougiem mieli po poludniu brac udzial w wyscigu 6-scio godzinnym zespolow 2-osobowych.
Start o 8 rano, spoko, wyszedlem na 4-te miejsce i wiedzialem, ze na pewno jeden z kolesi z przodu byl z mojej kategorii. Po pierwszym kolko info od Macieja wskazywalo ze bylem na trzecim miejscu w kategorii solo 12 godzin. Pierwsze szesc kolek bylo spoko, siedzialem na 3-cim miejscu, powiekszalem przewage nad reszta, ale niestety tez tracilem dystans do liderow. Zaczynalo sie robic bardzo goraco - temperatura w ciagu dnia pewnie przekroczyla ponad 30 stopni. Na siodmym kolko, w okolicach 10:30 rano, lancuch wkrecil sie pomiedzy rame a tarcze i przemielilem jedno ogniwo - musialem rozlaczyc lancuch, wywalic ogniwko i polaczyc lancuch z powrotem. Zatrzymalem sie po siodmym kolku, Chudy zaczal pracowac na przerzutka przednia, ja w miedzy czasie cos sobie zjadlem i wskoczylem na jego rower i przejechalem kolko #8 na Cannondale'u z Leftim - fajna maszyna, bardzo fajna. Pozniej przesiadlem sie z powrotem na moj naprawiony rower i na 18-stym kolku wyszedlem na 2-gie miejsce. Na 23-cim okrazeniu zlapalem laczka, od Chudego wiedzialem ze mialem prawie 20-scia minut przewagi zaczynajac to okrazenie wiec spoko, nie bylo jakies wielkiej rozpaczy gdy zmienialem detke. O 7:25 po poludniu mialem juz 2-gie miejsce zapewnione, ale przy mijaniu okrazenia Doug & Chad darli sie straszanie po polsku (na melodie Sto Lat) "jeszcze raz, jeszcze raz" wiec pojechalem jeszcze jedno.
Oczywiscie, gdyby nie pomoc Chudka (jako niezastapionego mechanika) oraz Chudka & Doug'a jako miskow od mierzenia miedzyczasow & podawania jedzenia nie bylo by tak kolorowo.
Koncowe numery:
miejsce - 2-gie,
dystans - 220 km,
czas jazdy - 11:15 minut,
srednia -19.56 km/godzine,
przewyzszenie - 3,451 metrow,
czyli krotko mowiac - jest dobrze!!
Start o 8 rano, spoko, wyszedlem na 4-te miejsce i wiedzialem, ze na pewno jeden z kolesi z przodu byl z mojej kategorii. Po pierwszym kolko info od Macieja wskazywalo ze bylem na trzecim miejscu w kategorii solo 12 godzin. Pierwsze szesc kolek bylo spoko, siedzialem na 3-cim miejscu, powiekszalem przewage nad reszta, ale niestety tez tracilem dystans do liderow. Zaczynalo sie robic bardzo goraco - temperatura w ciagu dnia pewnie przekroczyla ponad 30 stopni. Na siodmym kolko, w okolicach 10:30 rano, lancuch wkrecil sie pomiedzy rame a tarcze i przemielilem jedno ogniwo - musialem rozlaczyc lancuch, wywalic ogniwko i polaczyc lancuch z powrotem. Zatrzymalem sie po siodmym kolku, Chudy zaczal pracowac na przerzutka przednia, ja w miedzy czasie cos sobie zjadlem i wskoczylem na jego rower i przejechalem kolko #8 na Cannondale'u z Leftim - fajna maszyna, bardzo fajna. Pozniej przesiadlem sie z powrotem na moj naprawiony rower i na 18-stym kolku wyszedlem na 2-gie miejsce. Na 23-cim okrazeniu zlapalem laczka, od Chudego wiedzialem ze mialem prawie 20-scia minut przewagi zaczynajac to okrazenie wiec spoko, nie bylo jakies wielkiej rozpaczy gdy zmienialem detke. O 7:25 po poludniu mialem juz 2-gie miejsce zapewnione, ale przy mijaniu okrazenia Doug & Chad darli sie straszanie po polsku (na melodie Sto Lat) "jeszcze raz, jeszcze raz" wiec pojechalem jeszcze jedno.
Oczywiscie, gdyby nie pomoc Chudka (jako niezastapionego mechanika) oraz Chudka & Doug'a jako miskow od mierzenia miedzyczasow & podawania jedzenia nie bylo by tak kolorowo.
Koncowe numery:
miejsce - 2-gie,
dystans - 220 km,
czas jazdy - 11:15 minut,
srednia -19.56 km/godzine,
przewyzszenie - 3,451 metrow,
czyli krotko mowiac - jest dobrze!!
Wednesday, May 24, 2006
Gleba!!
We wtorek z Chudkiem jezdzilismy w Kettle Moraine. Pogoda byla wypas i bardzo malo ludzi bylo - wiadomo srodek tygodnia. Zrobilismy niebieska petle & connectora & reszte niebieskiej. Connector jest
caly przerobiony, nie ma juz mijanki z ludzmi jadacymi z przeciwka, takze nie trzeba martwic sie o innych miskow. Nowe kawalki to w wiekszosci wypasiony single track.
Jazda sama w sobie tez w miare dobra - czegos takiego mi bylo trzeba bo wuchcie kilometrow przejechany po szutrze ostatnimi czasy. Pod koniec (na sciezce w lesie co pozniej wypada na parking) Chudy podpuscil mnie na sprint, no i przegialem lekko. Polecialem na kamienie i poczulem sie jakbym przez gigantyczna tarke byl przepuszczony. Katem
oka widzialem jak Maciej hamowal i uslyszalem "ja pierdole." Wstalem, bolalo jak cholera, pierwsza rzecz to sprawdzenie czy jestem OK i diagnoza po 5 sekundach "jest OK chyba nic nie zlamalem, zobacz co z rowerem." Rower opocz zdewastowanego komputerka Sigmy jest o dziwo spoko. Na parkingu bilans strat: kolano troche obite, prawe przedramie obdarte i pociete cale. Udo zdarte (spodenki skasowane przy okazji), bok zdarty & tylek zdarty. Najgorzej dostal prawy lokiec jakis taki dziwnie opuchniety i bolal.
Dzisiaj bylismy na rentgenie i na szczescie nic nie jest zlamane ani ukruszone. Do soboty i wyscigu w New Fane zostaly 3 dni i jako ze nic nie jest zlamane sprobuje pojechac. Jutro wskocze na rower i zobacze jak mi sie bedzie jezdzic. No ale przynajmniej doroczna glebe mam juz z glowy :)
A w nastepny wtorek - powrot do Kettles.
caly przerobiony, nie ma juz mijanki z ludzmi jadacymi z przeciwka, takze nie trzeba martwic sie o innych miskow. Nowe kawalki to w wiekszosci wypasiony single track. Jazda sama w sobie tez w miare dobra - czegos takiego mi bylo trzeba bo wuchcie kilometrow przejechany po szutrze ostatnimi czasy. Pod koniec (na sciezce w lesie co pozniej wypada na parking) Chudy podpuscil mnie na sprint, no i przegialem lekko. Polecialem na kamienie i poczulem sie jakbym przez gigantyczna tarke byl przepuszczony. Katem
oka widzialem jak Maciej hamowal i uslyszalem "ja pierdole." Wstalem, bolalo jak cholera, pierwsza rzecz to sprawdzenie czy jestem OK i diagnoza po 5 sekundach "jest OK chyba nic nie zlamalem, zobacz co z rowerem." Rower opocz zdewastowanego komputerka Sigmy jest o dziwo spoko. Na parkingu bilans strat: kolano troche obite, prawe przedramie obdarte i pociete cale. Udo zdarte (spodenki skasowane przy okazji), bok zdarty & tylek zdarty. Najgorzej dostal prawy lokiec jakis taki dziwnie opuchniety i bolal. Dzisiaj bylismy na rentgenie i na szczescie nic nie jest zlamane ani ukruszone. Do soboty i wyscigu w New Fane zostaly 3 dni i jako ze nic nie jest zlamane sprobuje pojechac. Jutro wskocze na rower i zobacze jak mi sie bedzie jezdzic. No ale przynajmniej doroczna glebe mam juz z glowy :)
A w nastepny wtorek - powrot do Kettles.
Monday, May 08, 2006
Film, a raczej filmik z TI v.2.
Ostanie wiadomosci dotyczace Trans-Iowa 2006. Nastepne za rok - po Trans-Iowa 2007. Filmik zostal nakrecony przez Director Sportiff zespolu Polska-MasterLock: Chudego.
Start - 4 rano - najlepsza pogoda w ciagu calego dnia, bo nie pada, wiatr cos kolo 25-35km ze wschodu, czyli trzeba podawac pod wiatr. Pierwsze 5km start neutralny po szosie. Tempo niczego sobie. Zaczyna padac.
5km-20km - zaczynamy sie scigac, wpadamy na szutr. Grupka okolo 15-20 kolesi sie wytworzyla. Na poczatku spoko, pozniej coraz gorzej mi sie jedzie. Trace kontakt z przednia grupa. Jakies miski zaczynaja mnie wyprzedzac. Co jest, kurcze?
20KM - slysze jak mi klocki sie ocieraja. Zatrzymuje sie, przednie mocno sie ocieraly i musialem je naprawiac. Byly tak zapchane, ze po zakreceniu kolo robilo....2 obroty, nie dziwota ze mi sie ciezko jechalo. Porozginalem klocki na boki i przepukalem woda z bidonu, przodu nie uzywalem przez reszte jazdy. Dol totalny bo nie mialem z kim gonic liderow i musialem sie sam tachac pod wiatr. Tylne hamulce byly lepsze, ale tez ocieraly. Przed jazda mialem jeszcze 1/3 hamulcow - po jezdzie mialem je zjechane na maksa.
30km - Na prostej drodze i bez mieszania manetkami lancuch wkreca sie pomiedzy rame i przednie tarcze. Nie idzie tego "delikatnie" rozgmatwac, narzedzia tez by nic nie daly. Wyprzedza mnie wiecej miskow jadacych pojedynczo. Dopiero kilka porzadnych, dobrze mierzonych kopniakow wybawia mnie z opresji. Rekawiczki totalnie przemoczone, ale jakos mi to nie przeszkadza.
"Klopoty z hamulcami" - 32KM - tlumacze Chudemu czemu mnie nie bylo w grupce z przodu. Przede mna pierwszy odcinek drogi klasy "B." Pytam sie Chudego czemu ludzie stoja na poboczu zamiast jechac - Chudy odpowiada "oni nie stoja tylko ida. Nie jedz po tym, bo rower zablocisz na maksa." A na moje stwierdzenie, ze nie dam rady do Algony na 6 po poludniu sie wyrobic odpowiada "nie lam sie, nikt nie dojedzie." Zaczynam biec po blocku - wyprzedzam chyba z 10 miskow - w deszczu wygladaja niczym jakies zjawy.
35KM - zaczynam jechac szutrem. W okolicach 42km wpadam znowu na droge klasy "B." Nastepne 4 kilosy biegne rowami albo jesli jest pobocze jade po trawie.
"Liderzy" - 46KM - Liderzy wyjezdzaja z drogi klasy "B."
"Marcinho + Bloto" - 46KM - Wyjazd z drogi klasy "B." 45 minut za liderami. Slicki wbrew pozorom spisywaly sie calkiem, calkiem.
"Troche Szosy" - 47KM - koniec szutru & blota - przynajmniej na chwile. 2-3KM szosa przez miasteczko i z powrotem na szutr.
48KM - szosa sie konczy, zaczyna sie szutr. Tutaj ponad polowa wiary sie wykruszyla, czeka pelno aut na miskow ktorzy zdecydowali sie wycofac. Jade dalej, majac nadzieje ze moze jednak da sie dojechac do Algony na 6-sta wieczorem.
52KM - trasa skreca na wschod - zero szans na dojazd do Algony przy takim wietrze - krece moze z 10-11 km na godzine.
58KM - okolo 4 godzin & 30 minut jazdy - dochodze do wniosku, ze to koniec. Leje, wiatr ze wschodu, szutr miekki jak gabka, nikogo dookola zeby zlapac sobie kolo, sprawdzam rozpiske co nam dali przed startem. Dupa, sa na niej drogi klasy "B" czyli znowu trzeba bedzie biegac - nie da rady, nie zdaze na 6-sta. Dzwonie do Chudego.
Mimo ze w ciagu wyscigu skrocono trase z 552KM do okolo 254km i zniesiono limit czasowy na przyjazd do mety, nikt nie dal rady tego przejechac. Dwoch Kanadyjczykow przejechalo prawie 190km, wzielo im to 15 godzin. 3-4 kolesi przejechalo w okolicach 150km.
Za rok trzeba bedzie wrocic i przejechac calosc....
Start - 4 rano - najlepsza pogoda w ciagu calego dnia, bo nie pada, wiatr cos kolo 25-35km ze wschodu, czyli trzeba podawac pod wiatr. Pierwsze 5km start neutralny po szosie. Tempo niczego sobie. Zaczyna padac.
5km-20km - zaczynamy sie scigac, wpadamy na szutr. Grupka okolo 15-20 kolesi sie wytworzyla. Na poczatku spoko, pozniej coraz gorzej mi sie jedzie. Trace kontakt z przednia grupa. Jakies miski zaczynaja mnie wyprzedzac. Co jest, kurcze?
20KM - slysze jak mi klocki sie ocieraja. Zatrzymuje sie, przednie mocno sie ocieraly i musialem je naprawiac. Byly tak zapchane, ze po zakreceniu kolo robilo....2 obroty, nie dziwota ze mi sie ciezko jechalo. Porozginalem klocki na boki i przepukalem woda z bidonu, przodu nie uzywalem przez reszte jazdy. Dol totalny bo nie mialem z kim gonic liderow i musialem sie sam tachac pod wiatr. Tylne hamulce byly lepsze, ale tez ocieraly. Przed jazda mialem jeszcze 1/3 hamulcow - po jezdzie mialem je zjechane na maksa.
30km - Na prostej drodze i bez mieszania manetkami lancuch wkreca sie pomiedzy rame i przednie tarcze. Nie idzie tego "delikatnie" rozgmatwac, narzedzia tez by nic nie daly. Wyprzedza mnie wiecej miskow jadacych pojedynczo. Dopiero kilka porzadnych, dobrze mierzonych kopniakow wybawia mnie z opresji. Rekawiczki totalnie przemoczone, ale jakos mi to nie przeszkadza.
"Klopoty z hamulcami" - 32KM - tlumacze Chudemu czemu mnie nie bylo w grupce z przodu. Przede mna pierwszy odcinek drogi klasy "B." Pytam sie Chudego czemu ludzie stoja na poboczu zamiast jechac - Chudy odpowiada "oni nie stoja tylko ida. Nie jedz po tym, bo rower zablocisz na maksa." A na moje stwierdzenie, ze nie dam rady do Algony na 6 po poludniu sie wyrobic odpowiada "nie lam sie, nikt nie dojedzie." Zaczynam biec po blocku - wyprzedzam chyba z 10 miskow - w deszczu wygladaja niczym jakies zjawy.
35KM - zaczynam jechac szutrem. W okolicach 42km wpadam znowu na droge klasy "B." Nastepne 4 kilosy biegne rowami albo jesli jest pobocze jade po trawie.
"Liderzy" - 46KM - Liderzy wyjezdzaja z drogi klasy "B."
"Marcinho + Bloto" - 46KM - Wyjazd z drogi klasy "B." 45 minut za liderami. Slicki wbrew pozorom spisywaly sie calkiem, calkiem.
"Troche Szosy" - 47KM - koniec szutru & blota - przynajmniej na chwile. 2-3KM szosa przez miasteczko i z powrotem na szutr.
48KM - szosa sie konczy, zaczyna sie szutr. Tutaj ponad polowa wiary sie wykruszyla, czeka pelno aut na miskow ktorzy zdecydowali sie wycofac. Jade dalej, majac nadzieje ze moze jednak da sie dojechac do Algony na 6-sta wieczorem.
52KM - trasa skreca na wschod - zero szans na dojazd do Algony przy takim wietrze - krece moze z 10-11 km na godzine.
58KM - okolo 4 godzin & 30 minut jazdy - dochodze do wniosku, ze to koniec. Leje, wiatr ze wschodu, szutr miekki jak gabka, nikogo dookola zeby zlapac sobie kolo, sprawdzam rozpiske co nam dali przed startem. Dupa, sa na niej drogi klasy "B" czyli znowu trzeba bedzie biegac - nie da rady, nie zdaze na 6-sta. Dzwonie do Chudego.
Mimo ze w ciagu wyscigu skrocono trase z 552KM do okolo 254km i zniesiono limit czasowy na przyjazd do mety, nikt nie dal rady tego przejechac. Dwoch Kanadyjczykow przejechalo prawie 190km, wzielo im to 15 godzin. 3-4 kolesi przejechalo w okolicach 150km.
Za rok trzeba bedzie wrocic i przejechac calosc....
Friday, May 05, 2006
Atomowy Wyścig Pokoju
Znalazlem cos takiego w necie.
20 lat temu ratownicy, ryzykując życie, zasypywali ziejący promieniotwórczymi substancjami czarnobylski reaktor, a w położonym nieopodal Kijowie kolarze szykowali się do startu w 39. Wyścigu Pokoju
Przełom kwietnia i maja 1986 roku dla kibiców był wyjątkowo gorącym okresem. Wszyscy dyskutowali o Górniku Zabrze, który dopiero co po raz kolejny wywalczył mistrzostwo Polski, zastanawiali się, kogo Antoni Piechniczek powinien zabrać do Meksyku na finały mistrzostw świata. Czekali też na 6 maja, kiedy to rozpocząć się miał 39. Wyścig Pokoju. "Trybuna Ludu" z 30 kwietnia zapowiadała, że na jego starcie stanie tradycyjnie 20 narodowych ekip, a w peletonie zobaczymy wielu uczestników mistrzostw świata z 1985 czy igrzysk w Los Angeles 1984. Katastrofa w Czarnobylu nie była najważniejszym tematem numeru. W roku 1986 prolog i trzy pierwsze etapy Wyscigu Pokoju rozegrano na terenie Kijowa, oddalonego około 130 kilometrów od Czarnobyla, gdzie 26 kwietnia eksplodował reaktor atomowy.
Kilka dni później o wypadku w czarnobylskiej elektrowni wiedzieli już wszyscy i w Kijowie pojawiło się zaledwie 11 zespołów. "Na starcie 39. Wyścigu Pokoju nie stanęły mimo wcześniejszych zgłoszeń kolarskie reprezentacje Belgii, Holandii, RFN, Jugosławii, Rumunii, Szwajcarii, USA, Wlk. Brytanii i Włoch. Na decyzji większości z nich zaważyła - jak wszystko na to wskazuje - prowadzona z wielkim rozgłosem przez zachodnie ośrodki propagandowe kampania wokół awarii w elektrowni w Czarnobylu" - można było przeczytać 7 maja w "Trybunie Ludu". Z zachodnich ekip pojawili się jedynie Finowie i Francuzi, poza tym wystartowały egzotyczne ekipy z Syrii, Mongolii i Kuby.
- Oczywiście, że my też chcieliśmy się wycofać - mówi Marek Szerszyński, najlepszy z Polaków w tamtym wyścigu - ale byliśmy zmuszeni do startu. Mówiono, że to nie jest tylko nasza sprawa, ale wręcz narodowa. Powiedziano nam, że w razie wycofania się ucierpimy nie tylko my, ale także nasze rodziny.
Szerszyński początkowo był siódmym, rezerwowym zawodnikiem polskiej ekipy. W ostatniej chwili zastąpił jednak Andrzeja Mierzejewskiego. - Jego wycofanie nie miało nic wspólnego z obawą przed Czarnobylem. Andrzej od dłuższego czasu borykał się z urazem i lekarze do ostatniej chwili mieli nadzieję, że będzie w stanie wystąpić - dodaje Szerszyński.
Oprócz Szerszyńskiego w polskim zespole jechali Zdzisław Wrona, Zenon Jaskuła, Leszek Stępniewski, Paweł Bartkowiak i Sławomir Krawczyk. Trenerem był Ryszard Szurkowski. Wyścig wygrał jeden z najlepszych kolarzy amatorów na świecie - Olaf Ludwig. Nie dał szans rywalom, wygrywając siedem z 15 etapów. Polacy wypadli słabo. Wrona i Stępniewski wygrali po jednym etapie, w klasyfikacji końcowej najlepszy był Szerszyński, który zajął 14. miejsce. Zawód kibiców był tym większy, że rok wcześniej nasi kolarze spisali się doskonale. 38. edycję wygrał Lech Piasecki (będąc liderem od prologu do ostatniego etapu), drugie miejsce zajął Mierzejewski. W 1986 roku Piasecki święcił triumfy już w zawodowym peletonie, a tego drugiego zmogła kontuzja. Natomiast dla Jaskuły (pierwszy start w Wyścigu Pokoju) najlepsze czasy miały dopiero nadejść.
- Nasz słaby wynik to efekt błędu w przygotowaniach. Nie można tego łączyć z Czarnobylem. Wprawdzie atmosfera w podczas wyścigu nie była najlepsza, ale jak już wystartowaliśmy, to ściganie odbywało się na poważnie. Ja wypadłem najlepiej, bo byłem najświeższy ze wszystkich. Koledzy mieli za sobą za dużo startów, a ja byłem najbardziej wypoczęty - kończy Szerszyński.
Zrodlo: Gazeta Wyborcza
20 lat temu ratownicy, ryzykując życie, zasypywali ziejący promieniotwórczymi substancjami czarnobylski reaktor, a w położonym nieopodal Kijowie kolarze szykowali się do startu w 39. Wyścigu Pokoju
Przełom kwietnia i maja 1986 roku dla kibiców był wyjątkowo gorącym okresem. Wszyscy dyskutowali o Górniku Zabrze, który dopiero co po raz kolejny wywalczył mistrzostwo Polski, zastanawiali się, kogo Antoni Piechniczek powinien zabrać do Meksyku na finały mistrzostw świata. Czekali też na 6 maja, kiedy to rozpocząć się miał 39. Wyścig Pokoju. "Trybuna Ludu" z 30 kwietnia zapowiadała, że na jego starcie stanie tradycyjnie 20 narodowych ekip, a w peletonie zobaczymy wielu uczestników mistrzostw świata z 1985 czy igrzysk w Los Angeles 1984. Katastrofa w Czarnobylu nie była najważniejszym tematem numeru. W roku 1986 prolog i trzy pierwsze etapy Wyscigu Pokoju rozegrano na terenie Kijowa, oddalonego około 130 kilometrów od Czarnobyla, gdzie 26 kwietnia eksplodował reaktor atomowy.
Kilka dni później o wypadku w czarnobylskiej elektrowni wiedzieli już wszyscy i w Kijowie pojawiło się zaledwie 11 zespołów. "Na starcie 39. Wyścigu Pokoju nie stanęły mimo wcześniejszych zgłoszeń kolarskie reprezentacje Belgii, Holandii, RFN, Jugosławii, Rumunii, Szwajcarii, USA, Wlk. Brytanii i Włoch. Na decyzji większości z nich zaważyła - jak wszystko na to wskazuje - prowadzona z wielkim rozgłosem przez zachodnie ośrodki propagandowe kampania wokół awarii w elektrowni w Czarnobylu" - można było przeczytać 7 maja w "Trybunie Ludu". Z zachodnich ekip pojawili się jedynie Finowie i Francuzi, poza tym wystartowały egzotyczne ekipy z Syrii, Mongolii i Kuby.
- Oczywiście, że my też chcieliśmy się wycofać - mówi Marek Szerszyński, najlepszy z Polaków w tamtym wyścigu - ale byliśmy zmuszeni do startu. Mówiono, że to nie jest tylko nasza sprawa, ale wręcz narodowa. Powiedziano nam, że w razie wycofania się ucierpimy nie tylko my, ale także nasze rodziny.
Szerszyński początkowo był siódmym, rezerwowym zawodnikiem polskiej ekipy. W ostatniej chwili zastąpił jednak Andrzeja Mierzejewskiego. - Jego wycofanie nie miało nic wspólnego z obawą przed Czarnobylem. Andrzej od dłuższego czasu borykał się z urazem i lekarze do ostatniej chwili mieli nadzieję, że będzie w stanie wystąpić - dodaje Szerszyński.
Oprócz Szerszyńskiego w polskim zespole jechali Zdzisław Wrona, Zenon Jaskuła, Leszek Stępniewski, Paweł Bartkowiak i Sławomir Krawczyk. Trenerem był Ryszard Szurkowski. Wyścig wygrał jeden z najlepszych kolarzy amatorów na świecie - Olaf Ludwig. Nie dał szans rywalom, wygrywając siedem z 15 etapów. Polacy wypadli słabo. Wrona i Stępniewski wygrali po jednym etapie, w klasyfikacji końcowej najlepszy był Szerszyński, który zajął 14. miejsce. Zawód kibiców był tym większy, że rok wcześniej nasi kolarze spisali się doskonale. 38. edycję wygrał Lech Piasecki (będąc liderem od prologu do ostatniego etapu), drugie miejsce zajął Mierzejewski. W 1986 roku Piasecki święcił triumfy już w zawodowym peletonie, a tego drugiego zmogła kontuzja. Natomiast dla Jaskuły (pierwszy start w Wyścigu Pokoju) najlepsze czasy miały dopiero nadejść.
- Nasz słaby wynik to efekt błędu w przygotowaniach. Nie można tego łączyć z Czarnobylem. Wprawdzie atmosfera w podczas wyścigu nie była najlepsza, ale jak już wystartowaliśmy, to ściganie odbywało się na poważnie. Ja wypadłem najlepiej, bo byłem najświeższy ze wszystkich. Koledzy mieli za sobą za dużo startów, a ja byłem najbardziej wypoczęty - kończy Szerszyński.
Zrodlo: Gazeta Wyborcza
Monday, May 01, 2006
TI v.2 - Zdjecia
Pare fotek z Trans-Iowa 2006. Ponizej zdjecie z wyjazdu z Madison - slonecznie, ani sladu deszczu. 4 godziny pozniej juz lalo.

