Wednesday, May 09, 2007

 

TI v.3 - podsumowanie

Ostrzegam dlugie wyszlo (doprawione tu i tam wstawkami Chudka).

Piatek - Chudy, Doug, Porucznik & ja dojechalismy do Decorah kolo 4-tej popoludniu. Po drodze Porucznik koniecznie chcial otrzymac darmowa mape stanu Iowa w centrum informacji turystycznej. Owocem napalenia sie Porucznika na darmowa mape - ktora mozna za dwa dolary kupic na pierwszej lepszej stacji benzynowej - byla strata czasu i jazda jakas zleska droga wzdluz rzeki Mississipi i jakiegos plywajacego kasyna przed ktorym to stal jakis kiczowaty, olbrzymi, rozowy slon. Zameldowalismy sie w hotelu i poszlismy na godzinna przejazdzke. Krecilismy sie przed hotelem na trzech identycznych przelajowkach firmy FELT w naszych teamowych ubrankach, opalonych,ogolonych i umiesnionych nogach - i zaczepil nas koles ktory to przyjechal z Colorado - w pierwszej edycji wyscigu przyjechal drugi, rower jego byl carbon/tytan na oko z 17 funtow wazyl i pewnie ze 4 tysiaki kosztowal - ale koles sie nerwowy zrobil widzac nas na naszych 900 dolarowych, 21 funtowych pospolitych przelajowkach - oznajmil ze wygladamy na dobrze przygotowanych. Oczywiscie Doug o niczym innym nie gadal przez nastepna godzine tylko o tym jak to on i jego opalenizna udowa musi czadowo wygladac.

O 7-mej dolaczyl do nas Craig i poszlismy na odprawe przed wyscigiem. Okazalo sie ze ze 126 ludzi ktorzy sie zglosili tylko 64 pojawilo sie zeby uczestniczyc we wyscigu - twardzi zawodnicy i jedna zawodniczka - reszta mieczaki spekali przed wyscigiem i zostali w domu. Wieczorem w hotelu przygotowalismy ciuchy i zarcie zeby sie juz w to nie bawic rano. Chudy nerwowo owinal gore kierownicy dodatkowa tasma aby stlumic wertepy, z Dougiem przykleili solone orzeszki i gele do ramy bo nie bylo gdzie juz tego wtykac po kieszeniach koszulek. Zdecydowalismy sie na tzw. "lekka jazde," "minimalne wyposazenie" czyli zero zbednych torebek, bagaznikow, plecaczkow, spowolniajacych camelbackow, kurteczek, dlugich nogawnikow, dlugich rekawow i innych gowienek. Mialo byc cieplo w ciagu dnia a noc zalozylismy ze jakos przepekamy - jak to poprzedni zwyciezca Trans-Iowa ujal ladnie "travel light freeze at night." Wszyscy mielismy po dwie koszulki, rekawniki a ja ostrozniej z lekka kamizelka i lekkimi ociplaczami na kolana. Chudy & Doug zamiast kamizelki planowali jakas foliowa torbe miedzy koszulki wetknac zeby wiatr zatrzymac. Zasnalem kolo 10:30pm.

Sobota - pobudka o 2:55 rano, nienawidze wczesnego wstawania ale mimo wszystko zadowolony ze sie w miare wyspalem. Porucznik gotujac sniadanie przy okazji uruchomil alarm przeciwpozarowy - dokancza gotowanie omletow w kiblu. Wielki strazak on i Doug nie przewidzieli takiej mozliwosci - jak bedzie sie chata jarac wiedzac ze oni maja mnie ratowac wolalbym skakac z przescieradlem jako spadochron. Doug, Chudy, Craig & ja upewnilismy sie ze mamy wszystko co trzeba ze soba. Humory dopisywaly. Na pare minut przed wyjsciem przykleilem tasma elektryczna 4 lub 5 paczek Enervitu do ramy. O tak na wszelki wypadek, jak sie pozniej okazalo uratowalo mi to dupe. Wypadlismy na zewnatrz i od razu wydaje mi sie ze jest zimno.

Podjechalismy na start a tam juz wuchta ludzi czeka. Krotka odprawa przed startem, zyczylismy sobie nawzajem powodzenia i sru. Start pod gorke jakies 1.5 km. Trzech kolesi wydarlo pod gorke a pozniej jechal Chudy, ja, Doug, Craig & paru innych misi. Na gorze obejrzalem sie spodziewajac sie wszystkich w jednej grupie ale oceniajac po migajacych lampkach juz wszyscy sie porozrywali na drobne grupki. Jechalismy niezlym tempem, z przodu glownie harcowal Macko. Po kilkunastu kilometrach spotkalismy liderow bo nie wiedzieli gdzie jechac. Juz jako jedna grupa kontynuowalismy dalej. Na zjedzie kolesie co byli 1-2 dwa lata temu zatakowali i znikneli w ciemnosciach. Chudy podawal w ciemnosciach na zjazdach ryzykujac glebe, stome, krete i zdradliwe szutrowe zakrety na przelajowkach staja sie lekko nieobliczalne. Nadal w ciemnosciach wjechalismy we mgle i zjechalismy mocno w dol w jakas doline. Temperaturka spadla do 40 stopni F - i zaczelo sie lekkie zamarzanie.
Po wyjechaniu z doliny ocieplilo sie i zaczelo robic sie jasno, na jednej z szutrowek omal nie wpakowalismy sie na krowy stojace na srodku drogi. Zwierzyna byla tu i tam, a to psy biegaly za nami, a to konie za ogrodzeniami sie ploszyly i galopowaly, jelenie po polach brykaly, owce beczaly. Przed psami mozna sobie uciekac na 3 godzinnych jazdach, sprintowac, podjudzic i znowu sprintowac - ale na 500km wyscigu nagle przyspieszanie drazni nogi.

Pierwszy stop robimy na 80km. Jest nas 7-miu. Chudy strategicznie poszedl do kibla spuscic kloca bo go od 20 km napieralo - jako ze jeden kibel byl osiagalny byla to prawidlowa decyzja bo jak sie zbieralismy do odjazdu grupka 6-7 kolesi podjechala na stacje wiec sie szybko zwinelismy redukujac przy okazji nasza grupke do 6-sciu. Koles siodmy nie zdazyl sie wysrac - tak mi pozniej po wyscigu powiedzial. Po jakims czasie pogubilismy reszte kolesi jak rowniez Craiga ktory machnal nam zeby na niego nie czekac - taki byl plan. Craig nie trenowal tyle co my i na dodatek jego zona byla chora w szpitalu przed wyscigiem no i ogolnie chlopak nie byl gotowy ale pojechal mimo przeszkod i to bylo mocne. Porucznik odebral go i zawiozl do hotelu. I zostala tylko nasza trojka. W okolicach 95 km na dlugim szybkim i kamienistym zjezdzie zlapalem laczka - zatrzymalismy sie i naprawiamy wtykajac nowa detke. 2 kolesi nas dogonilo. Pojechalismy dalej, dolaczyl do nas kolejny koles ale po 4-5 kilometrach znowu lapie laczka. Naprawilismy kolejna nowa detka & pojechalismy dalej w kierunku wschodnim. Ciagle albo w dol albo w gore - w koncu zaczelismy jechac na poludnie i sie wyplaszczylo troche. Chudy z Dougiem odstawiali kawal swietnej roboty. Siedzial jeden z drugim jak bezmozgowiec z przodu i pedalowal, sam tez czulem jak mi mozgu ubywa.

photo: Polska Boys opuszczaja ostatnia droge klasy B.

Wedlug mapy dojezdzamy do Stanley ale ku naszemu zdziwieniu nie bylo tam stacji benzynowej a my nie mielismy juz nic do picia. Chudy nie marnujac czasu i energii podjechal do jakies rodzinki wypoczywajacej na tylach domu i ladnie poproszeni tubylcy poja nas przerywanym zleskim stumieniem wody z z zoltego oblesnego weza. W tym miasteczku minelismy trojke lepkow ktorzy nas wyprzedzila przy wymianie detki. W rozmowie z Dougiem & Chudym doszlismy do wniosku ze nie ma co sie martwic innymi tylko jechac swoje zeby przejechac cala trase. Do punktu kontrolnego (210 km) dojechalismy kolo 1-wszej popoludniu, i przy okazji wyprzedzilismy liderow ktorzy jednak nas wkrotce dogonili. Jak sie pozniej okazalo chcieli sobie do kafejki wstapic i cos konkretnego zamowic i odpoczac pare minutek ale zobaczyli nas wjezdzajacych do miasta i zwatpili. Chwycili slodkie buleczki i zaczeli nas gonic. Jedziemy razem z nimi jakies 20km i znowu nam odjechali tym razem w swietle dziennym i to pod gorke - stwierdzilismy ze nie ma po co gonic bo celem jest ukonczenie, a i tak kupa kilometrow przed nami i nie ma co sie rwac.

Jechalismy na zachod, pod wiatr ciezko jak cholera i do tego goraco sie zrobilo. Myslalem ze pekne. Wiatr kompletnie rozwalal nas mentalnie - charowac trzeba bylo podwojnie - jak daleko wzrok siega gora dol gora dol, niczym niekonczacy sie grzbiet gigantycznego wielblada. Z blatu nie dalo sie podawac. Troche marudzilem ale Chudy powiedzial ze mam sie zamknac i nie jeczec wiec jade dalej. Tu Chudy mnie oszukal, o czym dowiedzialem sie tydzien pozniej, bo powiedzial ze tez mial kryzys ale mu przeszlo - nie mial kryzysu zadnego. Doug & Chudy byli glownie z przodu a ja probowalem roznych sztuczek zeby jakos dojsc do siebie. Zatrzymalismy sie w miescince po 15 km nawalania pod wiatr i zjadamy oblesne bulki ze stacji benzynowej. Dla niektorych oblesne dla innych cudowne, przepyszne buleczki z kurczaczkiem i mieskiem nieznanego pochodzenia tzw. "mystery meat" moze byc krowa, moze krowa z kopytami, a moze flaki konskie i swinskie zmieszane razem - cholera wie. Przy okazji 2 kolesi nas wyprzedzilo. Spadlismy wiec na 5-te miejsce. Ale niech sie wala i tak nie wygladali tak szybko i atrakcyjnie jak my i nasze bialo-czerwone ubranka :) Pojechalismy dalej pod wiatr ale w koncu trasa zaczela prowadzic na polnoc i jechalo sie lzej, powoli czulem ze nogi zaczynaja sie coraz lepiej czuc. Komu sie jedzie lepiej ten sie cieszy, a komu nie zal dupe sciska i Chudego niestety zaczelo nawalac kolano. Podawalismy do przodu kolejne trzy godziny - gora dol, gora dol. Po drodze spotykamy Briana - kolesia z Colorado na tym lekkim rowerze - jechal z liderem ale jedno kolano zaczelo go bolec i nie mial wyjscia musial sie wycofac.

Photo: Stacja benzynowa w Dike. Nawet sie nie zatrzymalismy dobrze a ja juz sie opycham zarciem.

Walnelismy mu z bejzbola w drugie kolano zeby nas nie mogl gonic i zabralismy mu reszte wody. Bejzbola mial Chudy przyklejonego caly czas na kierownicy, jakos to wczesniej pominalem. A tak naprawde poprosilismy o wode i nam dal bo i tak sie wycofal. Zadzwonilismy po Porucznika i umowilismy sie ze na 330km, na stacji benzynowej odbierze zgrzytajacego zebami z bolu kolan Chudego. Dojezdzamy do miasteczka Dike, tak panowie DIKE, wzialem od Chudka jakies powergele, nasmarowalem lancuch, cos tam zjadlem. Doug zabral Chudemu koszulke zeby faktycznie nie zamarznac w nocy. I bylismy z Dougiem gotowi do dalszej jazdy. W srodku Iowa na tej stacji benzynowej mialem okazje porozmawiac na temat Kolejorza z kolesiem ktory pomagal przy organizacji wyscigu, dziwne, bardzo dziwne. Obiecal mi on piwo na mecie :)

Ruszylismy dalej z Dougiem o 7:45pm, raczej lekko smutni ze stracilismy Chudka ktory ciagnal jak maszyna do tej pory. Nastepna stacja benzynowa byla za jakies 60km. Wstepne obliczenia daja nam ze skonczymy o 6-stej rano. Ale jeszcze jedna niespodzianka. Przeprawa przez zalana czesciowo droge, najpierw ja, na rowerze ryzykujac zamoczenie butow - tak sie stalo bo bylo cholera gleboko - no ale gorzej moglo byc np: gleba i zmoczenie calkowite. Wtedy tylko usiasc i ryczec i powoli dostac hipotermie. Doug w czepku urodzony po moim przejezdzie czail sie i czail az w koncu nadjechal pick up truck - no wiecie amerykanski Tarpan/Syrena Bosto uprzejmie zatrzymawszy kierowce wskoczyl z rowerkiem do tylu i ladnie suchutko go przewiezli na druga strone. Doug zaczal cos marudzic o kolanach. Zrobilo sie ciemno, jedziemy coraz wolniej bo Doug nie mogl zbytnio przycisnac ale nie chcialem go zostawiac. Poza tym sie umowilismy ze pieprzymy na ktorym miejscu przyjedziemy byle przejechac razem. Dojechalismy do Janesville. Kolesie na 2-gim & 3-cim wlasnie ruszali. Doug, ze wzgledu na eksplodujace kolana, postanawil zakonczyc zabawe na 380km. Byl bardzo rozzalony z tego powodu ale nie chcial mnie spowalniac widzac szanse na dobry wynik. Zwinalem sie stamtad po paru minutach i o 11:45 pm zaczynam gonic jak opentany. Nedzne 140km do konca.

Zasuwalem jak w jakims amoku, na prostych licznik pokazuje cos kolo 30km/h, nawalalem na zjazdach ponad 50 km/h, ciemno bylo, prawie nic nie widzialem bo swiatelko tak daleko nie siegalo, gorzej na podjazdach bo mnie troche kolano zaczelo bolec. Troche sie dziwie ze dwoch kolesi przede mna nie doszedlem jadac tak szybko. Piekna noc z gwiazdami & ksiezycem, perfekcyjna pogoda na taka zabawe. Dojechalem do zalanej drogi - scignalem ocieplacze z butow zeby ich nie zalac i sru przejechalem - gleboko - do kolan :( Minalem jedno miasto - wszystko zamkniete wiec jade dalej, dojechalem do Hawkeye 65 km do konca - ostatnie miasto na trasie - WSZYSTKO zamkniete - a ja mam tylko jeden bidon z woda. Zero paniki - trzeba po prostu racjonowac to co mam. Na jakies 50km sciagnalem z ramy ostatniego Enervita - ostatnie moje jedzenie, hmmmm cukier, niestety kolano zaczelo mnie nawalac dosyc ostro. Na 40km przed meta po zwariowanym zjedzie do doliny, gdzie czasami do konca nie widze gdzie jade, dogonilem lidera, przy okazji zrobilo sie zimno, zaczynam widziec pare z geby przy oddychaniu. Bylem swiecie przekonany ze on spadl na 3-cie miejsce bo dwoch kolesi pomiedzy nami nie wyprzedzilem. Jechalismy razem jakies 8-10km. W miedzy czasie sprobowalem go zgubic na zjezdzie niczym flying dutchman albo inny kamikadze ale nie dalem rady. Za to on mnie zgubil ma wyjezdzie z doliny na jakies 30km od mety.

Na 25 km przed meta przeszukuje kieszenie w poszukiwaniu zablakanego jedzenia, wiem ze nic tam nie powinno byc, a jednak znalazlem paczke solonych orzeszkow, hmmmmm orzeszki. Doug przyklejone do ramy orzeszki przywiozl ze soba spowrotem do hotelu nawet ich nie ruszyl coz za marnotractwo. Lac mi sie chcialo jak cholera ale twardo postanawiam ze bedzie czas na to na mecie. Na 20km przed meta byla 10km prosta po wzgorzach, co jakis czas sie obracalem i sprawdzalem czy ktos mnie nie goni, paranoja totalna, inna sprawa ze mogli jechac na wylaczonych swiatlach wiec wciaz zylowalem na maksa. W bidonie prawie juz nie mialem wody. 7km przed meta zakret w prawo 180 stopni i bardzo ostro w gore. Dojezdzajac do tego miejsca moglbym przysiac ze widzialem na gorze znikajace swiatlo lidera ale cholera wie moze mialem jakies niezdrowe zwidy. Niestety, kolano wysiadlo i podbiegam stroma czesc gorki. Ostatnie 2km byly asfaltem nikogo nie widzialem za mna, skrecilem do parku, znowu szutr i kolejna katorga - dlugi podjazd. Pierwsza czesc podchodze ale mowie sobie, pieprze to na gorze jest meta, wsiadlem na rower minalem zakret i po prawej stonie z ciemnosci powoli pojawil sie jakis ksztal wygladajacy na namiot. Podjechalem blizej, aparaty zaczynaja blyskac w ciemnosci. Uscisk dloni Guitar Teda. Czas 25:10min . Pytam sie "Jak mi poszlo?" Oni na to "2-gi jestes." Zdziwilem sie jak cholera bo po polsku koles mowil. Nie jaja sobie robie -zdziwilem sie bo myslalem ze wiecej kolesi bylo przede mna.

Fotka powyzej - uscisk dloni Guitar Teda. Fotka obok - uff ciezko bylo ale jest spoko.

Pozniej okazalo sie ze 2-gi & 3-ci koles tuz za Janesville zgubili droge - trzeba miec nie tylko w nozkach ale tez w glowie - trzezwosc umyslu liczy sie :) Wykombinowalem sobie ze skoro doszedlem lidera ktory mial w Janesville nade mna 30 minut to ich bym przegonil bez wzgledu na to czy by sie zgubili czy nie. Nie wazne, mordka mi sie usmiechnela. Na ostatnich 140km zatrzymalem sie tylko raz, reszta to bylo dzikie nawalanie w amoku - jak widac przynioslo niezle efekty. Dostalem piwo w lapke. Chudy & Doug przyjezdzaja po 20 minutach - czekali w zlym miejscu, na starcie bo wszyscy mysleli ze tam tez bedzie meta a na dobra sprawe nie bylo mapki ani opisu jak dojechac na mete.

Okolo 6:15 rano walnelo mnie ostro - zrobilo mi sie zimno i nie czulem sie najlepiej. Doszedlem do siebie kolo 9 rano, po prysznicu i konkretnym sniadaniu.......Do 2-giej po poludniu siedzimy z Dougiem & Chudkiem na mecie i dopingujemy kolesi ktorzy docieraja na mete. Pora relaksu, fantastyczna pogoda. O 14:30 ceremonia i powrot do domu. W aucie odplynalem na 2 godziny i mialem jakies wizje migajacego szutru, kolesi na rowerach i polciezarowek ktorch pelno mnie mijalo podczas jazdy.

I tak oto drogie koteczki wypadlo Trans-Iowa 2007. Doskonale. Wedlug mapek organizatorow mialo byc 525km. Wedlug mojego precyzyjnie skalibrowanego licznika wyszlo 550km i tej wersji sie bede trzymal :)

Gigantyczne ukolny naleza sie Chudemu & Dougowi nie tylko za wspolna ciezka prace podczas wyscigu ale za wspolne jazdy gdy na dworze bylo zimno jak cholera. Gdyby nie oni to zamiast harcowac na rowerze w -10C ogladalbym TV i jadl paczki.

Comments:
ale zesmy podali, sport to zdrowie !!!
 
Podalismy niesamowicie to fakt.

Sport to zdrowie? No chyba nie tak do konca skoro krwia plulem przez 2 dni po wyscigu :) Obliczylem ze wyszlo cos okolo 105,000 obrotow korba w ciagu TI - to by tlumaczylo obolale kolana.

Kettles w sobote...........
 
Pieknie tej! Na taki opis czekalem. Podawaj tak dalej Prezes. Jeszcze raz gratulacje.
 
Moje spoznione gratulacje. W poprzednim komentarzu przed wyscigiem
tak jakbym przewidzial Twoje zwycieztwo. Trzymaj tak dalej.
Andrzej z Poznania z Wielkopolski
ameco7@wp.pl
 
Post a Comment



<< Home

This page is powered by Blogger. Isn't yours?